Jej historia w Centrum Zdrowia Dziecka rozpoczęła się zaraz po urodzeniu, bo trafiła do naszego szpitala jako roczne dziecko i została pod jego opieką do 17. roku życia. Wdzięczna jest do dziś.

- Moje życie to pasmo cudów, bo jak inaczej można to określić, jeśli nie w taki sposób? Urodziłam się z wadą serca - przełożenie wielkich pni tętniczych. W tamtym czasie bardzo mało dzieci przeżywało z tą wadą. Na bilansie noworodka, doktor pediatrii w mojej miejscowości powiedziała mamie, żeby się zbytnio do mnie nie przywiązywała, bo dzieci z tą wadą serca żyją maksymalnie cztery lata. Mogę tylko podejrzewać, co w takiej chwili czuła moja mama. Zamiast słów otuchy usłyszała wyrok śmierci na swoje ledwo narodzone dziecko. I tu można mówić o pierwszym cudzie. Moja operacja odbyła się gdy miałam prawie 9 lat - uratowano mnie. Byłam pod opieką Kliniki Kardiologicznej i Kardiochirurgicznej, gdzie opieka była fantastyczna – wspomina Elżbieta Remiesz, która do warszawskiego Centrum Zdrowia Dziecka przyjechała po raz pierwszy w latach 70. z Olecka. Pamięta regularne wizyty w Instytucie „Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka”, po których za każdym razem oddychała z ulgą, że to jeszcze nie teraz musi zostać na dłużej. – Aż do tego momentu, kiedy usłyszałam co innego, że teraz muszę zostać. Pamiętam rozstanie z mamą, kiedy nie chciałam wyjść nawet się pożegnać, obrażona, że zostawia mnie w szpitalu. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałam, że to przecież jest dla mojego dobra. To był luty 1983 r., w kwietniu był zabieg, a do domu wróciłam we wrześniu – opowiada Pani Elżbieta. – Zapadła mi w pamięć bardzo dobra opieka. Dla małego dziecka pobyt w szpitalu, rozstanie z rodziną, już jest traumatycznym przeżyciem, ale my czuliśmy się bezpiecznie. Do pielęgniarek i lekarzy mówiło się ciociu i wujku, do starszego docenta – dziadku, to była namiastka rodziny, która dawała nam poczucie bezpieczeństwa.

Operował ją śp. prof. Jarosław Stodulski. – Pamiętam też prof. Bohdana Maruszewskiego jako chyba wtedy świeżo upieczonego lekarza po studiach, którego wszędzie było pełno. To był bardzo fajny „wujek”, bardzo wesoły, żywy – dodaje.

Elżbieta
Elżbieta obecnie

Fot. archiwum prywatne


Pani Elżbieta pamięta, że na każdy płacz dziecka była reakcja pielęgniarek. - Dziecko, które się bało nie zostawało samo. Na początku wszyscy byli obcy, ale to zaangażowanie personelu dawało nam poczucie bezpieczeństwa. Pamiętam też, że lekarze zawsze tłumaczyli nam, co będzie się z nami działo, oczywiście na tyle, na ile mogliśmy zrozumieć to jako dzieci. Lekarz opowiadał np. że tu nastąpi rozcięcie skóry, pan doktor wyjmie serduszko, naprawi je i włoży z powrotem. To w nas pozostawało i na pewno ten strach był dużo mniejszy. Ważne też było to, że rodzice mogli nas odwiedzać, zabierać na przepustki, a także szkoła, dzięki której nie straciłam roku szkolnego i po wyjściu ze szpitala mogłam ze swoją klasą iść dalej. Wspominam Centrum Zdrowia Dziecka z ogromną wdzięcznością i dlatego zawsze będę je wspierać w miarę moich możliwości, bo jest to miejsce, które uratowało mi życie. Dziś mając lekko ponad 40 lat, nie biorę leków, bo nie ma takiej potrzeby, choć będąc na badaniach kontrolnych w Aninie lekarz powiedział mi, że ma wielu pacjentów po takiej korekcie serca, którzy już po 20. r. ż. przyjmują leki. Uznał za niespotykane to, że nie przyjmuję medykamentów. I to właśnie kolejny dowód na to, że moje życie to pasmo cudów – opowiada Pani Elżbieta.

 

 

Back to top